Mieczysław Antoni Buczkowski ps. "Buk"powrót

Mieczysław Antoni Buczkowski ps. "Buk"
Mieczysław Buczkowski.
fot. 1944.pl

Mieczysław Buczkowski ps. „Buk” był medykiem powstańczego szpitala polowego w klasztorze ss. Zmartwychwstanek przy ul. Krasińskiego 31 na warszawskim Żoliborzu.

W czasie okupacji rozpoczął naukę na tajnych kompletach w Warszawie (Prywatna Szkoła Zawodowa dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego Doc. Jana Zaorskiego, Wydział Lekarski Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich i Uniwersytetu Warszawskiego). Pracował w Szpitalu Dzieciątka Jezus oraz w Szpitalu Ujazdowskim.

W czasie Powstania pracował jako młodszy lekarz w szpitalu polowym w klasztorze ss. Zmartwychwstanek przy ul. Krasińskiego 31 na Żoliborzu. Został ranny 24 sierpnia 1944 r. Opuścił Warszawę z rannymi.

Po wojnie ukończył studia medyczne. Przez wiele lat był ordynatorem Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Miejskiego w Gliwicach. Doktor Buczkowski był wychowawcą wielu młodych lekarzy. Jest autorem lub współautorem wielu prac naukowych. 

ur. 1923

Fragment wspomnień Mieczysława Buczkowskiego (nagranie z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009):

„Zostałem na ulicy Krasińskiego i tam już zacząłem opatrunki, już tam po prostu zacząłem działać. Ale było to zaledwie kilka dni, bo głównym szpitalem był szpital zmartwychwstanek, który to szpital od razu właściwie w pierwszych momentach znalazł się na linii ognia i od razu po kilku dniach został ewakuowany. Gdzie? Właśnie na ulicę Krasińskiego. Tam były warunki właściwie jak na szpital bardzo dobre (…).

Z początku, trzeba przyznać, nie było wielkich trudności, jeśli chodzi o materiał i zaopatrzenie. Tu jest do podkreślenia olbrzymia zasługa sióstr zmartwychwstanek, które w zasadzie całą bazę, całą logistykę, to właściwie, tak jak się orientowałem, mimo że nie siedziałem w dowództwie czy w tych sprawach, ale wydaje mi się, że całą logistykę, zaopatrzenie, materiały opatrunkowe, leki, środki znieczulające, narzędzia chirurgiczne, to wszystko organizowały one. (…)

Potem przyszedł dzień 22, 23 [sierpnia], dwa dni ataku. To był koszmar, bo rannych była olbrzymia ilość i w zasadzie szpital i wszystkie ekipy operacyjne pracowały wtedy non stop. Nie odchodziliśmy od stołów operacyjnych. Kiedy jużeśmy się słaniali, nam siostry przez rękaw i przez koszulę wstrzykiwały kofeinę, żeby jakoś jeszcze działać, bo już nie było [siły]. Nogi zupełnie się uginały.”

Zobacz zdjęcia:

Zobacz wideo: