Wacław Auleytner ps. "Gorayski"powrót

Wacław Auleytner ps. "Gorayski"
Wacław Auleytner "Gorayski"
fot. ahm.1944.pl

Starszy strzelec Batalionu "Gustaw". Pacjent kilku szpitali polowych. Tuż po wybuchu Powstnia 1 sierpnia 1944 r. ok. godz. 19 został ciężko ranny. Z przestrzelonymi płucami trafił do Szpitala Maltańskiego, gdzie przebywał do jego ewakuacji w połowie sierpnia 1944 r. 

Następnie był leczony w różnych szpitalach w Śródmieściu (po obu stronach Al. Jerozolimskich), m.in. w szpitalu polowym przy ul. Chmielnej 34.

Po upadku Powstania został wywieziony pociągiem sanitarnym Wermachtu do obozu jenieckiego Stalag XI A w Altengrabow. Przebywał tam do zakończenia wojny.

Do Warszawy wrócił na początku maja 1945 r. Pracował w Ministerstwie Aprowizacji i Handlu. Kontynuował studia na UW oraz współpracował z „Tygodnikiem Warszawskim”. Jesienią 1948 r. aresztowany przez UB. W areszcie śledczym przebywał do wiosny 1949 r. Był jednym ze współzałożycieli Klubu Inteligencji Katolickiej i przez 16 lat jego sekretarzem. Przez wiele lat był posłem na Sejm PRL.

W 2013 r. Wacław Auleytner przyznał się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL; do jego zadań należała m.in. inwigilacja środowiska KIK.

ur. 12 września 1919 r.

Fragment wspomnień Wacława Auleytnera - nagranie dla Archiwum Historii Mówionej MPW z 28.01.2005 r.:

"Nasz patrol wyszedł w kierunku Banku Polskiego, w gruzy, które w tym kierunku prowadziły. Wybuchła strzelanina; po jakimś czasie wrócili, niestety, nie wszyscy. Zginął nasz bardzo sympatyczny kolega, który się nazywał Piotrek Żochowski; to był pierwszy zabity w naszym oddziale. To było takie zaskoczenie – jak to? Dopiero wybuchło Powstanie i już nie żyje ktoś z nas. Fortyfikowaliśmy okna, zakrywaliśmy, pchaliśmy taki duży śmietnik w kierunku bramy od strony Senatorskiej.

W pewnym momencie usłyszałem strzał w podwórzu bardzo głośny; nie wiem, co się ze mną stało. Obudziłem się – leżałem na ziemi. Chciałem się podnieść; nie mogłem. Miałem ciężką całą prawą stronę ciała; czułem, że leje się ze mnie krew. Parę minut później moi przyjaciele, obydwaj żyjący do chwili obecnej, Andrzej Grzegorczyk i Jerzy Krasnowolski, przybiegli, wzięli mnie na ręce i zanieśli do punktu opatrunkowego, gdzie młode dziewczęta zaczęły mnie opatrywać, ale nie bardzo potrafiły to zrobić. To była ciężka rana; miałem strzaskaną łopatkę i wyrwany kawałek żebra. Krew się strasznie lała ze mnie i ona powiedziała: „Nie dajemy rady zatamować tej krwi”. Jeden z kolegów zaczął szukać lekarza i znalazł, ale lekarz powiedział, że się boi iść; on nic nie wiedział o Powstaniu. Dopiero pod rewolwerem przyszedł i założył mi uciskowy opatrunek.

W ten sposób zostałem od pierwszego dnia, dwie godziny po rozpoczęciu akcji, właściwie unieszkodliwiony kompletnie. Później już spędzałem Powstanie w łóżku szpitalnym, a to nie było zbyt miłe, jak się później okazało. Dlatego że przeniesiono mnie do Szpitala Maltańskiego na Senatorskiej, tu gdzie w tej chwili jest ambasada belgijska; to była przed wojną Resursa Kupiecka i to zostało zamienione 6 września 1939 roku na szpital wojskowy zorganizowany przez kawalerów maltańskich. Tam mnie zaniesiono, tam mnie zaszyto, klamerki założono na tym postrzale, i do łóżka, oczywiście.

Huk, strzelanina; jakiś czołg się niemiecki zjawił i ostrzelał fronton tego budynku, więc tam się wszędzie sypało. Ale Niemcy tam się nie mogli utrzymać i ten czołg i trochę Niemców, którzy byli niedaleko, wycofali się. Przedtem miałem bardzo nieprzyjemne przejście. Dwa dni leżałem w głównym gmachu Szpitala Maltańskiego; tam się mną opiekowano. W bardzo byłem złym stanie, nie bardzo potrafili tę krew tamować; strasznie dużo krwi straciłem. Trzeciego dnia przenieśli nas do oddziału Szpitala Maltańskiego, który w sąsiednim domu zorganizowano. Zupełnie nowy, salki czyściutkie, posłania zupełnie nowe – tam mnie położono. Pierwszy dzień był spokojnie, drugi już były ostrzeliwania ze strony samolotów, a trzeciego dnia zniesiono nas do piwnic, bo już nie można było wytrzymać na drugim piętrze w tym szpitaliku.

Siódmego sierpnia zaczęliśmy się orientować, że Niemcy się zbliżają, że jednak nasze oddziały nie wytrzymują natarcia. W pewnym momencie wbiegła do piwnicy moja bardzo dobra znajoma koleżanka z konspiracji i z terenu katolickiego, Teresa Krassowska, która była jednocześnie oddziałową siostrą Szpitala Maltańskiego, i powiada do mnie: „Słuchaj Wacek, tu niedługo będą Niemcy. Oni rozstrzeliwują wszystkich rannych, tak że musimy się przygotować na najgorsze, ale ja będę próbować ratować was”.

Było tam jeszcze trzy czy cztery sanitariuszki, bo kilkunastu rannych tam leżało. W pewnym momencie słyszę stukot podkutych butów na schodach, wpadają Niemcy. „Aaa, polnische Banditen!” – i jeden wyciąga granat. Ja myślę: zaraz rzuci. A tymczasem Teresa Krassowska wskoczyła na stołek – to była postawna ładna dziewczyna, w czepku pielęgniarskim, ale z krzyżem maltańskim nad czołem – i zaczęła spokojnym głosem po niemiecku mówić, że to są chorzy Szpitala Maltańskiego, Szpital Maltański ma charakter międzynarodowy, tam leżą też ich ranni koledzy, wobec tego ona prosi, żeby pozwolono nas przenieść do głównego gmachu, bo tu się wszystko pali… Jakby nie zauważała tego granatu. I ten Niemiec musiałby rzucić granat, ale prosto w nią. I nie rzucił, cofnął się.

W pewnym momencie wszedł niemiecki oficer i powiedział, że wolno nas wyprowadzić do głównego gmachu. To było łatwo powiedzieć. Ja miałem prawie czterdzieści stopni gorączki, ale chodziłem. Trzeba powiedzieć, że miałem zdrowe nogi; szereg kolegów było rannych w nogi, a tu były tylko trzy siostry. Wobec tego wstałem – byłem tylko w koszuli, boso – i chwyciłem się siostry Teresy za jedną rękę, ona dźwigała ciężkiego mojego kolegę, rannego w nogi… Te dziewczyny naprawdę wyniosły wszystkich." 

Treść całej rozmowy: http://ahm.1944.pl/Waclaw_Auleytner

Zobacz zdjęcia:

Zobacz wideo: