Feliks Arak ps. "Lew"powrót

Feliks Arak ps. "Lew"
Feliks Arak ps. "Lew".
fot. Bogna Janke

Gdy wybuchło Powstanie, Feliks Arak mieszkał przy ulicy Kopernika 27. Zgłosił się jako ochotnik do Grupy Bojowej „Krybar”. Początkowo nie miał broni, więc pomagał przy organizowaniu szpitala polowego przy ulicy Konopczyńskiego. Gdy zdobył broń, walczył jako strzelec.  

ur. 4 października 1924 r., zm. 23 lipca 2014 r. w Warszawie

 

Fragment rozmowy z Feliksem Arakiem nagranej dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego 28 maja 2012 roku:

Jak się Pan znalazł w szpitalu na Konopczyńskiego?

Z kolegą, z którym znaliśmy się z bazaru (przy Kopernika – red.), on też nie miał broni, ja nie mam. On mówi „Słuchaj, Niemki opuściły internat (przy Konopczyńskiego 3 – red.), tu urządzamy teraz szpital”. Postanowiliśmy, że tam idziemy i będziemy już coś robić. Poszliśmy tam i przyjęli nas z otwartymi ramionami do noszenia i tego wszystkiego. Byliśmy tam do wieczora. Jak się wchodziło na Konopczyńskiego 3, pierwszy pokój po prawej stronie zajmował nasz komendant wojskowy, a następny pokój myśmy zajmowali, sanitariusze.

Jak się nazywał komendant?

(...) Mówiliśmy „Panie komendancie”.

Jak wyglądały wnętrza na Konopczyńskiego 3? Co tam było w środku w tych pokojach, były meble?

Nie, mebli tam nie było wiele. Zoperowanych myśmy nosili po klatce z dołu i kładliśmy ich w pokojach na piętrze, no to tam tylko łóżka i takie rzeczy.

Przenosiliście rannych z Kopernika?

Rannych przenosiliśmy z Kopernika ze szpitalika dziecięcego, dlatego, że Niemcy drugiego albo trzeciego weszli do tego szpitalika. Trochę tak nie bardzo się odnosili, ale jak zobaczyli ze tam było czterech czy pięciu Niemców żołnierzy rannych też opatrzonych, no to zmienili zdanie i uspokoili się i powiedzieli, żeby wywiesić flagę czerwonego krzyża i żeby powstańcy nie przychodzili tu, to i oni nie będą przychodzić. No, myśmy przychodzili, opaskę się zdjęło i już jest cywil, nie powstaniec. Tam był duży taki hol od ulicy Kopernika i tam było wszystko z tej komendy widać. Myśmy po cywilnemu chodzili. Nie mieliśmy żadnych nieporozumień. Niemcy mimo wszystko nie przychodzili tam.

(...)

Do szpitala na Konopczyńskiego trafił ranny Niemiec.

Tak, ale on był wzięty do niewoli w na skarpie podczas ataku na pojazd pancerny. (...) Ten Niemiec był ranny w rękę i lekko w pierś. Był na sali z sanitariuszkami. Ja tam nie chodziłem do tego Niemca, bo i tak bym nic mu nie zrobił, bo taki był wielki. Jak bym mu stuknął , to on by mi walnął, to bym wyskoczył z piętra. On miał swój pokój na drugim piętrze. Agresywny był. Chciał uciekać, pyskował. Widać było, że jest niezadowolony.

To był esesman, więc dopóki miał opiekę lekarską, był bezpieczny, ale potem powinien być rozstrzelany.

Ten drugi esesman zginął, bo to był samochód bez dachu. Jak nasi rzucili granat, to on pięknie wpadł do środka.

Chciał Pan walczyć z bronią i z Konopczyńskiego 3 przeniósł się Pan, tak?

Tak. Na 5/7. Tam była kolumna motorowa.

Tam stacjonowała?

Tak.

Jak wyglądała ta kwatera?

Normalnie. Łóżka. Nieraz mieliśmy opowiadane, jak mamy walczyć w czasie walk ulicznych. Że jak się będzie szło walczyć, to przeciwległą stroną, a nie nad swoją głową. W parku na Okólniku byliśmy więcej przy samochodach.

Najgorszy to był 4 wrzesień. Wtedy Niemcy atakowali już mocno Powiśle. Nam pocisk armatni prosto pod nogi wpadł. Nas było tak czterech-sześciu. I nic. Ja go widziałem, jak on leciał, jak on przebił dach. Leciał bokiem i pod nogi nam padł. Nie wybuchł,  bo był niewypał. (...)

Jak wyglądało Wasze życie na kwaterze na Konopczyńskiego?

Raz jedzenie było tam, raz gdzie indziej. Jedzenie donosili nam.

Rannych przeniesiono na Konopczyńskiego 5/7?

Nie przeniesiono tam nigdy szpitala. Do piwnicy przeniesiono paru rannych. Szpital był na Konopczyńskiego 3.

Jak Wehrmacht szedł z Uniwersytetu, to nikogo nie zabijali. Ci, co szli Dobra, to jak był szpital na Drewnianej, tam było 22 rannych, to było 22 zastrzelonych. Drugi szpital był w „Alfa-Laval” Tamka róg Smulikowskiego tam było sześciu rannych, których nie można było ewakuować, to ich zastrzelili. Nimi się opiekował dominikanin Michał Czartoryski. Jego też zastrzelili i potem spalili. I oni tam potem Tamką, Oboźną, Smolną do góry szli. Myśmy im ustępowali, bo oni mieli szaloną przewagę. No i  weszli. Szóstego już zajęli. Na Konopczyńskiego 3 i na Kopernika 43 nikt nie zginął. Potem tych ludzi zebrali do kościoła Wizytek, zrobili transport na Wolę i wywieźli do Pruszkowa.

Dlaczego nikogo nie rozstrzelali na Kopernika i na Konopczyńskiego?

Bo to był Wehrmacht, a tam byli esesmani.

Zmarłych chowano na placyku przy Konopczyńskiego?

Tak. Przy wejściu tam gdzie są kwiatki, to tam chowano zmarłych, a jak tutaj się zabudowało, to przenieśli się po drugiej stronie. Tam po drugiej stronie była chowana żona doktora.

Pamięta Pan barykadę na Kopernika?

Tak. Była na rogu Konopczyńskiego. Była zrobiona z kamieni, bruku. Jak potrzebowali przejeżdżać tymi pancernymi samochodami, to musieli rozbierać przy samych domach kawałek tej barykady.

Czy pamięta Pan msze polowe, które odbywały się na podwórzu kamienicy przy Konopczyńskiego 5/7?

Nie, nie pamiętam. Ale codziennie rano  i wieczorem odmawialiśmy wspólnie modlitwę i śpiewaliśmy „Gdy poranne wstają zorze”.

A widział Pan przedstawienie teatrzyku kukiełkowego?

Nie, nie widziałem. Kukiełkowe widziałem na Okólniku w konserwatorium. Nie siedziałem tam cały czas, poruszałem się po mieście. (...)

Jak był wybuch pocisku na Konopczyńskiego, to stracił Pan przytomność, tak?

To było na Konopczyńskiego 5/7. Wyskoczyłem, przebiegłem dziesięć, może piętnaście metrów, no i błysk ognia i utrata przytomności. Potem się obudziłem na 5/7, tam leżałem na sienniku jakimś, okryty kocem.

Leżał pan w piwnicy czy na piętrze?

W piwnicy.

Pamięta pan, jak to wyglądało w tej piwnicy?

Ciemno. Ciemno, niewiele.

Było gorąco, zimno, duszno?

Było powybijane, nie było gorąco, to był już wrzesień.

Jak się pan obudził, to było dużo ludzi?

Nie było dużo, pojedyncze, parę osób. Może z pięć osób leżało. Bo jak się każdy podniósł, to wychodził już, opuszczał.

Tam były łóżka czy sienniki?

Sienniki.

Ile czasu spędził pan tam, w tej piwnicy?

Noc i rano. Potem po południu wyszedłem. Jeszcze tam kilka osób i poszliśmy Kopernika, Chmielną i do przejścia, przez Kruczą do rogu Wspólnej. I tam zanocowałem, w takim miękkim fotelu. Rano nas obudzili i z powrotem do przejścia. Przyszliśmy do Chmielnej. Byliśmy przy ulicy Chmielnej, to zaczęli nas z ulicy Szpitalnej wołać jacyś żołnierze. Nas na końcu odłączyli. Ja szedłem i tak na końcu, bo źle się czułem. Z nimi odszedłem i to był, okazało się, pluton saperski porucznika Zaremby. i to było dobrze, bo nas wszystkich dozbroił. Ja otrzymałem tam Lebela, austriacki karabin. Byłem zadowolony, bo do niego pasowała radziecka amunicja, a ja miałem pod dostatkiem tej amunicji. A do innych to już wyliczali.

Wieczorem, jak zrobiło się ciemno, poszliśmy na ulicę Warecką budować barykadę. Budowaliśmy dosyć długo, kto tam zegarek miał wtedy, była już północ czy po północy i odmówili. No to porucznik, do sądu polowego. Sąd polowy to już żadna zabawa, jak to usłyszałem, to odłączyłem się od tej grupy i poszedłem tam, gdzie przedtem te cegły zrzucałem, na tę barykadę. Jak poszedłem, to wpadł granatnik. Było trzech zabitych i piętnastu rannych. Na tym to się zakończyło. Potem jeszcze jednego podprowadziłem, ale nie pomogłem jemu ani sobie. Rzuciłem się na łóżko, na brzuch i tak leżałem.

 

rozmawiały: Joanna Lang (MPW) i Bogna Janke (Fundacja Warszawskie Szpitale Polowe)

© Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego

Zobacz zdjęcia:

Zobacz wideo: