Szpital polowy Konopczyńskiegopowrót

Szpital polowy Konopczyńskiego
Dawny szpital polowy w podziemiach kamienicy przy ul. Konopczyńskiego 5/7.
fot. Zbigniew Furman, © Muzeum Powstania Warszawskiego

Powstańczy szpital przy ulicy Konopczyńskiego zorganizowano w pierwszych dniach Powstania w kamienicy nr 3. Komendantem był dr Stefan Żegliński - lekarz chirurg z pobliskiego Szpitala Dziecięcego przy ul. Kopernika 43.

Budynek dobrze nadawał się na szpital, ponieważ do ostatnich dni lipca mieszkały tam niemieckie pielęgniarki. Pacjenci byli lokowani w mieszkaniach na piętrach.

3 września, gdy niemiecki ostrzał nasilił się, pacjentów przeniesiono do schronu znajdującego się dwa piętra pod kamienicą nr 5/7. Po trzech dniach wkroczyli Niemcy. Dr Żegliński wynegocjował ewakuację rannych i personelu - prawie 200 osób.

Ze wspomnien Marii Zatryb-Baranowskiej, sanitariuszki szpitala:

Krótka uliczka Konopczyńskiego kończyła się niewielkim placem otoczonym szczelnie kilkoma kamienicami. Kamienica nr 1 była zajęta przez zwykłych lokatorów, nr 3 - przeznaczona całkowicie na szpital, pod numerem 5/7 lokowano ludność przybywającą ze spalonych domów, a pod numerem 4, gdzie kiedyś mieściła się szkoła zawodowa, przebywali bezdomni ze zburzonych kamienic oraz jeńcy wzięci do niewoli - Niemcy i volksdeutsche. Kamienice 1, 3 i 5/7 były nowoczesne, wykończone w roku 1938, pięciopiętrowe, a pod domem 5/7 mieścił się schron przeciwlotniczy sięgający dwa piętra w głąb.

Cały ten zakątek był zaciszny i dawał poczucie bezpieczeństwa. (…)

Co niedziela na podwórzu pod 5/7 ustawiano polowy ołtarz i księża odprawiali dwie, trzy msze święte, a także przychodzili do szpitala spowiadać rannych. (…)

W zaułku naszym - otoczonym domami, lecz jednocześnie narażonym na ostrzał ze wszystkich stron – wrzało życie. W każdej z bram patrzących z góry na Powiśle, były barykady. Ziemia, płyty chodnika, worki z piaskiem – wszystko to spiętrzone służyło naszej obronie. Na każdej z barykad dniem i nocą czuwały posterunki. (…)

Dzień w dzień wczesnym rankiem, na małym placyku przed szpitalem zbierała się grupka kilkudziesięciu powstańców na apel i musztrę.

Po pieśni „Kiedy ranne” – odśpiewanej zgodnym chórem – rozpoczynały się ćwiczenia, które, gdyby nie tragizm sytuacji, wzbudzałyby huragany śmiechu. Pełni zapału, ale nie mający żadnego przećwiczenia chłopcy wyczyniali dziwy. Na komendę „w prawo zwrot!” każdy obracał się w inną stronę. O zaskakiwaniu czwórkami lub łamaniu się w dwójki mowy być nie mogło. Lecz gdy padło hasło „do ataku!”, ta niesforna i zdało się niezdarna garstka szła z furią, ściskając  w rękach granaty. (…)

Od 3 września Niemcy rozpoczęli ostry atak na Powiśle Północne. Przestali być systematyczni. Naloty bombowców, strzelanina z karabinów maszynowych trwały bez przerwy. Jedynie „krowy” w nas nie waliły.

Zdecydowano, że wszyscy ranni zostaną przeniesieni do schronu przeciwlotniczego, który mieścił się dwa piętra poniżej parteru kamienicy 5/7. Był mocny (żelazo-beton), obszerny i czysty. Nie posiadał jednak dostatecznej wentylacji i żadnej ubikacji. Temu pierwszemu brakowi zaradzono przez wybicie otworu w ścianie piwnicy przylegającej do schronu. Ponieważ dom stał na skarpie, więc poziom piwnicy znajdował się na wysokości pierwszego piętra domów na Tamce. Wybity otwór wychodził na podwórze kamienicy nr 44.

Rannych mieliśmy 180 mężczyzn, kobiet i dzieci, a wśród nich zarówno cywilów, jak i żołnierzy AK i AL. W schronie ustawiono drewniane piętrowe prycze , na których kładziono bez podziału mężczyzn i kobiety w tych samych pomieszczeniach. Były to trzy większe sale, kilka małych komórek i bocznych korytarzy. W jednej z komórek urządzono prowizoryczną salę operacyjną, w drugiej mieściła się również prowizoryczna ubikacja, z której trzeba było wynosić wiadra z nieczystościami na górę i wylewać gdzieś w gruzy. Prawie połowa naszych rannych była chora na czerwonkę. Do tej ciężkiej i odrażającej pracy zgłosiła się starsza kobieta. Na nasze zdziwienie zareagowała słowami: „Ja też chcę jakoś przysłużyć się powstańcom!”. I rzeczywiście - była to ważna i konieczna przysługa.

Schron należało zaopatrzyć w wodę i światło. Wodę trzeba było nosić wiadrami z ulicy Szczyglej, gdzie była studnia (pompa), gdyż wodociągi nie działały. Atak Niemców na elektrownię pozbawił nas światła; pozostały tylko lampy karbidowe i świece. (…)

 

Maria Zatryb-Baranowska "Uliczka powstańców". Fundacja Warszawskie Szpitale Polowe, Warszawa 2014.

INNY PERSONEL

Zobacz zdjęcia:

Zobacz wideo: