Wanda Klein ps. "Wanda"powrót

Pielęgniarka szpitala polowego przy ul. Kopernika i Konopczyńskiego.

ur. 1925

 

Fragment wywiadu z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego:

Gdzie zastał panią wybuch Powstania?

Wróciłam z miasta. Po godzinie 17-ej siedzieliśmy przy podwieczorku. Ja miałam skierowanie dopiero na dzień następny, na 2 sierpnia, także nie wiedziałam, że się zaczęło. Rozległy się strzały na ulicy. Wyjrzałam przez okno, biegli chłopcy pod domem, kryjąc się. No i już zaczęło się strzelanie gdzieś tam, z oddali też już było słychać. No to cóż... Zawsze mówię w liczbie mnogiej, bo razem ze mną ta moja siostra młodsza Alina. Powiedziałyśmy ojcu: „Tata, musimy iść, wobec tego, że się zaczęło, idziemy”. I ku mojemu zdumieniu, ojciec, który nas uważał za dosyć głupie, smarkate, powiedział: „Oczywiście, musicie iść”. Spakował nam na drogę jakiś bochenek chleba, jakieś parę złotych, to znaczy były wtedy inne pieniądze, cos tam jeszcze, już nie pamiętam, w każdym razie każdej z nas, co zresztą siostra od razu gdzieś posiała, a ja trzymałam długo i chleb mi się bardzo przydał. No i poszłyśmy nie najbliżej, do szpitala dziecięcego na Kopernika, tam gdzie miałyśmy trafić. Właściwie to miałam przydział na Wolę, ale tam już nie można było dojść. Na Nowym Świecie była strzelanina. A ten szpital był mi bliski, znałam tam wszystkich no, więc zostałyśmy w tym szpitalu.

Jak długo?

Aż szpital zburzono.

W jakich warunkach pełniła pani tę służbę?

Od pierwszego dnia zaczęła się strzelanina i przed oknami widać było. Tuż obok kościoła Świętego Krzyża, Krakowskie Przedmieście 1, była niemiecka komenda policji. Niemcy strzelali. Trzeba było wylecieć i ściągać powstańców, rannych chłopców raz, że sprzed domu, a trzeba było brać nosze i lecieć na Powiśle. Wtedy były walki o elektrownię i tam było sporo rannych. Trzeba było ich nosić do szpitala. W życiu nie byłam tak zmęczona, jak właśnie wtedy. Po dyżurze, potem, jak już byłam śmiertelnie zmęczona, można było mi lecieć do domu, bo Tamka jest bliziutko, z tym, że naturalnie, wykopami, pod barykadami. Myślałam, że tego nie przeżyję. Przeżyłam. Nazajutrz, już o świcie byłam z powrotem na dyżurze.

Dużo było rannych w tym szpitalu?

Stopniowo coraz więcej. Były sytuacja tragiczne. Było na przykład tak, że na moich oczach padł chłopiec raniony w udo. Przyniosłyśmy go na górę. Operacja. Doktor Tabeński operował, świetni, cudowni chirurdzy operowali. Jeszcze mieliśmy wtedy eter. Bo później już nie było i trzeba było trzymać rannego i operować prawie, że bez najmniejszej narkozy. Obudził się, już po narkozie, pyta mnie: „Siostro, czy ja mam nogę?” No, więc to powiedzenie jemu, że nie ma już tej nogi, to do dziś pamiętam. To było straszne. I takich momentów przybywało, było coraz więcej.

Z jak dużym ryzykiem, z jakimi trudnościami wiązała się pani służba?

No, strzelali i do nas. Potem już na Konopczyńskiego, jak część rannych przeprowadzaliśmy, to Niemcy strzelali przez okno, to myśmy uciekały przez drzwi i odwrotnie, oni strzelali przez drzwi, to my uciekałyśmy przez okno. Człowiek na to nie zważał. Tak już był przyzwyczajony do strzelania i tak jakoś nie wierzył w to, że umrze. Poza tym, Powiśle było przez dłuższy okres wolne. Także te flagi biało-czerwone, to uczucie wolności, ten nastrój radości przeważał wszystko.

Czy miała pani wtedy kontakt z żołnierzami strony nieprzyjacielskiej?

Jeszcze wtedy nie. Ale bywało i tak, że przynosili nam do szpitala jakiegoś Niemca. I traktowałyśmy ich z całą medyczną solidnością. To znaczy, może nie było w tym serdeczności, bo nie mogło być, ale właśnie nas, ponieważ znałyśmy niemiecki, wypychano do tych Niemców i muszę przyznać, że oni nas potem pochwalili. To znaczy, jak Niemcy wtargnęli do szpitala już pod koniec września, i jak chcieli szpital wysadzić w powietrze, grozili nam wszystkim zabiciem, to ci Niemcy się za nami wstawili, powiedzieli: „Nie, oni byli przyzwoici, sanitariuszki były przyzwoite”. Jeden z Niemców nawet powiedział: „Wy się nie macie, czego wstydzić, a ja mam”. Także to powiedzenie też zostało nam w pamięci. Kazali nam tylko wielką flagę czerwonego krzyża na dachu rozłożyć, bo obiecali, że dadzą znać swoim lotnikom, żeby nie bombardować tego szpitala.

Czy zetknęła się pani osobiście z przypadkami zbrodni wojennych popełnionych w czasie Powstania, nie tylko przez Niemców?

O, tak, o, tak... Nie na mnie, powiedzmy, ale dookoła. To było straszne. Na przykład, Niemcy wystawili czołg i od strony uniwersytetu jechali w naszą stronę, w stronę szpitala. Ale przed czołgiem poustawiali mnóstwo ludzi, powyciągali ich z domów, które to domy natychmiast spalili. Małe dzieci... Zabijali dzieci. To widziałam na własne oczy i tego im nie zapomnę. Ci ludzi szli, no może nie przez cały Nowy Świat, ale gdzieś do Świętokrzyskiej, i koło nas też szli. Patrzeć na to, jak idą ludzie i Niemcy z ostrą bronią, i ten czołg za nimi, oni jako ochrona czołgu, to też tego nie zapomnę do śmierci.

Jak przyjmowała walkę waszego oddziału ludność cywilna?

Cudownie. To tak ludzi łączyło. Ludzie nam znosili jedzenie. Przecież to był szpital dziecięcy. Dzieci wraz z siostrami zakonnymi i z lekarzem, doktorem Stankiewiczem, zostały zniesione do podziemi. Oni mieli swoją kuchnię, swoje leki, swoje środki opatrunkowe. A my właściwie już gromadziliśmy od pewnego czasu środki opatrunkowe w szpitalu, ale jedzenia nie było, a ludzie znosili całe kosze. Całe kosze. To było coś cudownego, jak bardzo chcieli pomagać, jak bardzo byli ofiarni. Nie znam żadnego przypadku jakiegoś niemiłego [zachowania] ze strony ludności. Ludność zachowała się cudownie. (...)

 

Cały wywiad jest do przeczytania tu: http://ahm.1944.pl/Wanda_Klein/1/?q=Wanda+Klein