Antonina Chobotko ps. "Antosia"powrót

Antonina Chobotko ps. "Antosia"
fot. Muzeum Powstania Warszawskiego

Zakonnica, pielęgniarka szpitala polowego przy ul. Mokotowskiej 55.

ur. 1918

Fragment wywiadu z Antoniną Chobotko (Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego, 05.11.2007):

(...)

1 sierpnia jak siostra mówiła, ksiądz kapelan powiedział, że...

Tak, ksiądz kapelan oznajmił, że jest Powstanie i siostry bardzo czynny udział brały. Barykady wszędzie... Później jak poszłam do szpitala, to już nie wiem, co się działo. Cały dzień w szpitalu, na noc się tylko przychodziło do domu, bo to Mokotowska 5, Wilcza 7, bardzo blisko. Trzeba było przechodzić i to bardzo niebezpiecznie, bo bardzo dużo gołębiarzy było. Kilka razy tak kula świsnęła przy uchu, ale... szczęśliwie się żyje.

Jak został zorganizowany szpital na Mokotowskiej?

To lekarze zorganizowali. Od razu pierwszego dnia Powstania, drugiego, zgłosił się na Wilczą doktor Maciejewski z [innym] doktorem. Od razu zostałyśmy wydelegowane po szkole dwie, Pola i ja. Od pierwszego... dnia siostry odstąpiły, był internat, to musiałyśmy zorganizować łóżka, w ogóle urządzić szpital, sala operacyjna i od pierwszego chorego do ostatniego przy łóżku chorego.

Jaki był siostry pierwszy ranny? Proszę opowiedzieć o swoim pierwszym rannym w szpitalu.

Jak tylko urządzałyśmy wszystkie, drugi, trzeci dzień już miałyśmy pierwszego chorego, poparzonego bardzo. Kilka dni tylko żył. Na drugi dzień już właśnie... pamiętam nazwisko jego, Rawicz, operator filmowy, bark przestrzelony. Trzeci, czwarty dzień, codziennie. Tak że za kilka dni cała sala się zapełniła. Ponieważ była sala operacyjna bardzo blisko, często asystowałam. Dużo młodych chłopców było, dużo śmierci było. To były bardzo ciężkie przeżycia, bardzo duże przeżycia. Z każdym dniem powiększała się liczba chorych. Trzeba było przejść z drugiego piętra na pierwsze, z pierwszego na parter, z parteru do piwnicy i w piwnicy już do końca Powstania. W piwnicy były przebite wszędzie do innych piwnic otwory i było połączenie. Tak, tu brak miejsca, tam się inne szpitale też... Dużo chorych, bardzo dużo chorych do nas przyjeżdżało. Zasypanych z całej Warszawy, ze Starówki kilka chłopców też przyszło. W ogóle nie można było poznać, że to są ludzie młodzi, dlatego że z kanałów powychodzili. Wody nie ma. Wodę... trzeba było przebiegać przez Aleje Jerozolimskie do parku, żeby przynosić wodę. Nieraz się biegło w czasie alarmu, bo wtedy nikogo nie było, kolejek nie było. Gromadziłyśmy w beczkach wodę, wiadomo, to ciężka praca. Z żywnością było różnie, ale ludność warszawska w ogóle się zachowała bohatersko. Przynosili pościel, żywności, co kto miał – dzielił się ze wszystkimi. Szalona serdeczność była. Ale bomby, „krowy” i pociski wszystkie, to... dokoła już była ruina. Ale my jakoś szczęśliwie [przeżyliśmy]. Jeden tylko zginął syn lekarza Wąsowskiego, to do dzisiaj pamiętam tą tragedię. Zginęła jedna łączniczka chyba przez pociski, uderzył. No i tych trzech chłopców, co u nas przychodzili, ci młodzi chłopcy, osiem, dwanaście lat. Bardzo ciężko byli ranni i jeden z nich później jak wyszli, to zmarł. Przygotowałyśmy im Pierwszą Komunię Świętą. Bardzo było uroczyście, msza święta była. Każdy otrzymał malutki podarunek, że... chłopcy bardzo przeżyli. Łączniczki przynosiły nam różne wiadomości. Też jedna zginęła i to właśnie zginęła w bramie. Najwięcej było w bramie. Jak nieraz szłam na Wilczą po dyżurze, to zawsze szłam pod samymi murami, żeby [było bezpieczniej]... Tak że bardzo ciężko było. Bardzo.

(...)